Przez Szamotuły płynie niepozorny Kanał Przybrodzki. Dla wielu – nic nieznaczący. Dla Marzeny Chalak to miejsce, którego należy bronić. Bo stanowi wyjątkowy, żywy ekosystem. Jest domem bobrów, nadwodnych ptaków i płazów. Jako Strażniczka Rzek WWF patroluje go niemal codziennie, bada wodę i walczy o ochronę kanału, udowadniając, że nawet najmniejsze cieki wodne mają ogromne znaczenie.
Czy przyroda zawsze była dla Ciebie ważna?
Dorastałam na wsi, blisko lasu. Więź z przyrodą była dla mnie czymś naturalnym. Myślę, że dzięki dzieciństwu spędzonemu w naturze zdecydowałam się zostać biolożką, a w dorosłym życiu wybrałam Szamotuły – miejsce, gdzie nie muszę iść na kompromis, bo dzika przyroda i miasto przenikają się tu i tworzą
spójną całość.
I w końcu zostałaś miejscową aktywistką przyrodniczą.
Chyba rzeczywiście można mnie już tak określić. W 2025 roku założyłam w Szamotułach nieformalną grupę Zielona Nić Porozumienia, która zajmuje się ochroną przyrody w naszej gminie. Wspólnie z przyrodnikami działamy tu na rzecz utworzenia użytku ekologicznego w dolinie rzeki Samy, do której uchodzi kanał.
Co było dla Ciebie motywacją do ochrony przyrody w Szamotułach?
W 2024 roku moja nastoletnia córka Zosia pokazała mi miejsca w Szamotułach, do których na co dzień się nie chodzi – skrawki dzikiej przyrody ukryte w centrum i na obrzeżach miasta. Zachwyciłam się nimi i postanowiłam zrobić wszystko, aby je ochronić przedzniszczeniem. Rok później zgłosiłam się do akcji Masz Głos Fundacji Batorego. Na jej potrzeby stworzyłam grupę, o której wspomniałam. Skupia ona lokalnych specjalistów z różnych dziedzin biologii. Jednym z naszych celów stała się ochrona kanału przepływającego przez miasto.
To zapewne jedno z tych miejsc, które mało kogo obchodziły?
Tak właśnie było i bardzo staram się to zmienić. Dzięki temu, że natrafiłam w mediach społecznościowych na informacje o działaniach Strażników Rzek, postanowiłam zbadać wodę przed i za bobrzą tamą, by sprawdzić, czy rzeczywiście ją oczyszcza. A ponieważ i tak często bywałam nad kanałem, zostałam Strażniczką Rzek. Zaczęłam prowadzić monitoring kanału i odkryłam, że żyją nad nim bobry, wydry, lisy i płazy. To one motywują mnie do działania – to ich dom.
Co takiego wyjątkowego jest w Kanale Przybrodzkim?
Początkowo obserwowałam tylko krótki odcinek przy tamie bobrowej, ale z czasem zaczęłam poznawać kolejne fragmenty – aż po jego malownicze rozlewiska. Choć kanał został stworzony przez człowieka i na wielu odcinkach jest prosty oraz pozbawiony zadrzewień, ale dzięki działalności bobrów powstały tu podmokłe tereny i rozlewiska. W miejscach, gdzie rosną drzewa, krajobraz jest wręcz bajkowy. Wyżej, poza miastem, tworzą się mokradła, na których można spotkać czajki, czaple białe i gęgawy. W samym mieście pojawia się z kolei zaskakująco bogata fauna: kaczki krzyżówki, dzięcioły, wilgi, słowiki, myszołowy, czaple, a nawet kania ruda. Są tu też żaby i drobne ryby, jak cierniki. Pod płotem przedszkola rośnie imponujący klon jawor o obwodzie 428 cm – największy w Szamotułach. To
wszystko pokazuje, że nawet niewielki ciek może być prawdziwą ostoją przyrody.
A jakie wyzwania widzisz w swoich działaniach? Jest coś, co cię szczególnie martwi?
Największym problemem są śmieci. Dzika przestrzeń przyciąga niestety ludzi, którzy traktują ją jak miejsce do wyrzucania odpadów. A przecież każdy, nawet najmniejszy ciek wodny, może być enklawą bioróżnorodności – jeśli tylko się o niego zadba. Pojawienie się bobra i wydry tylko to potwierdza.
Podczas jednego z patroli przyłapałam osoby niszczące tamę bobrową. Zgłosiłam to na policję. Wtedy zrozumiałam, jak ważna jest obecność w terenie – ktoś musi tam być i reagować. Ale moja praca jest dla mnie ważna także z przyczyn osobistych. Nieustanną inspiracją jest dla mnie moja córka. Nie mogę jej zawieść. Chcę pokazać, że dorośli potrafią chronić to, co jeszcze zostało.
Pamiętasz jakiś moment przełomowy w swoich działaniach?
Kanał patrolowałam jeszcze zanim zostałam Strażnikiem Rzek. Prawdziwe zaangażowanie przyszło jednak, gdy pojechałam na pierwsze badanie wody – wtedy poczułam, że mogę zrobić coś realnego. Dziś jestem nad kanałem niemal codziennie. Sprawdzam stan tamy, obserwuję ptaki, szukam śmieci. Regularnie pobieram próbki wody i analizuję dopływy, aby znaleźć źródła zanieczyszczeń. Zmieniam też miejsca patroli, poznając nowe fragmenty kanału i jego potencjał. Zwracam uwagę na roślinność, zadrzewienia i warunki życia organizmów. To miejsca, gdzie rzadko zaglądają ludzie – i może właśnie dlatego przyroda wciąż ma tu szansę.
Czy widzisz efekty swoich starań?
Najważniejsze jest zabezpieczenie tamy bobrowej przed kolejnymi zniszczeniami. Prowadzę rozmowy z mieszkańcami, urzędem miasta i Wodami Polskimi na temat ochrony tego terenu. Staram się też ustalić źródła pogarszającej się jakości wody. Jak zawsze sprawdza się metoda małych kroków i regularne działania czy interwencje. Kanał nie stanie się rezerwatem ani parkiem narodowym, ale moja praca ma cel lokalny, edukacyjny – chodzi o ochronę miejscowych populacji.
Co mogłoby poprawić czystość rzek?
Gdyby każda rzeka miała swojego strażnika, stan wód w Polsce mógłby się znacząco poprawić.
Dziś patrzę na Kanał Przybrodzki zupełnie inaczej – jak na pełnoprawną rzekę, miejsce życia wielu organizmów, wymagających pełnej ochrony.
Martwi mnie to, że nie wiem, czy jest już bezpieczny. Bo potrzebne są tu rozwiązania systemowe. Ale wierzę, że moje działania mają sens.
Z Marzeną rozmawiała Sylwia Protasiuk.